Smaki i zapachy dzieciństwa – wyniki konkursu

Desery, Inne

Bardzo miło mi ogłosić, że I miejsce w konkursie z okazji 500 fanów na Facebooku

zajęła panna hanna, wygrywając tym samym książkę “Kuchnia w stylu wolnym” Anabel Langbein.

„Droga Śliwkowsko, zacznę od tego, że nie mogę przestać się uśmiechać, kiedy rozmyślam nad odpowiedzią na tę swoistą zagwozdkę. Ponieważ w dzieciństwie miałam okazję dotknąć, zobaczyć, powąchać i posmakować wszystkiego, co do dziś darzę miłością, znane mi wówczas smaki i zapachy nieodłącznie kojarzą mi się z tym, co kocham. “Semantyczna” warstwa pojęcia “kocham” w obrębie moich zwojów wypełniona jest w szczególności wszystkim tym, co związane z Naturą. Dlatego specjalne miejsce zajmuje tam wspomnienie rowerowych wycieczek nad pod-koszalińskie Lubiatowo, podczas których wraz z Tatą już jako 4-letnia dziewczynka, po pas zatopiona w trawie, smakowałam dzikich jeżyn i poziomek. Od zawsze oszałamiał mnie zapach leśnego runa, tak cudownie bogaty i inny o każdej porze roku. Wspaniały smak miała świeżutka kalarepa, wycięta przez Mamusię prosto z przydomowego ogródka, podobnie jak ogórki czy pomidory prosto z własnej szklarni, obrane ze skórki i chrupane z solą. Zielony groszek prosto ze strączka był takim rarytasem, że do dziś przechodzą mnie ciarki na jego wspomnienie, podobnie jak gotowana kukurydza w kolbach. Czereśnie, najpierw podkradane sąsiadowi, później zrywane z drzewa na własnym ogrodzie, były nieodłączną osłodą każdego lata. Mogłabym wymieniać bez końca wszystkie cudne rośliny, do których przywiązanie skutkuje dziś umiłowaniem zdrowej diety… żeby jednak nie wyjść na jakąś hiper-ekolożkę z urodzenia, dodam, że byłam oczywiście standardowym, pulchnym dzieckiem i uwielbiałam słodkości i tłustości! Z tych pierwszych szczególnie miło wspominam mamusine amoniakowe ciacha “przez maszynkę”, których zapachu nie da się pomylić z niczym (i na dłuższą metę też wąchać nie jest do końca łatwo ), ciacho biszkoptowe z galaretką, sezonowymi owocami i kremem do karpatki, sernik Babci Zosi z taką cudowną brązową kruszonką – no i pierwszy raz w życiu spróbowane prawdziwe masło orzechowe, przywiezione przez Tatę koleżanki aż z Kanady. Co do grzeszków z tej drugiej kategorii, kochałam kiełbaski z ogniska, które na leśnym lodowisku miały morderczo smakowity zapach, kurczak pieczony w “prodiżu”, rosół z naleśnikami pokrojonymi na paski, pierogi z kaszą i kapustą oraz sama kasza gryczana ze skwarkami (mniam! i to znów Babci Zosi). Absolutne hity zarezerwowane były na sezon zimowy: domowa pizza drożdżowa z farszem z kiełbasy, groszku i pieczarek oraz prażucha ze skwarkami – jak to wszystko pachniało “po sankach”! Rozmarzyłam się – dość, bo północ za pasem…

 

 

II miejsce należy do historycznej, która otrzyma kubek ze Śliwkowską.

„Dzieciństwo? Na pewno kwaśny smak rabarbaru z ogrodu mojej babci połączony ze słodkim, chrzęszczącym między zębami cukrem, poranna zupa mleczna z zacierkami, jedzona z najukochańszym dziadkiem i ciasto czekoladowe, które “na surowo” podjadałam z miski, gdy mama nie patrzyła. Z dzieciństwem kojarzy i się zapach świeżo koszonej trawy, która zastępowała każdą przyprawę podczas zabaw “w gotowanie zupy”, oraz aromat..błota, które było tejże właśnie zupy główną bazą.
Ze wszystkich smaków i aromatów, które teraz niczym rzeka napływają mi do głowy jest wspomnienie o papierówkach, które zawsze jedliśmy z dziadkiem w ogrodzie. Świeże, prosto z drzewa, wytarte z kurzu o rosę, która jeszcze utrzymywała się na trawie, smakowały najlepiej z samego rana, często nawet o wschodzie słońca, podczas doglądania gospodarstwa dziadków, u których się wychowywałam.”

 

Gratuluję!

Na adresy mailowe obu Pań wysłałam już informację o wygranej.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w konkursie za to, że dzięki Wam powróciłam do własnego dzieciństwa i na nowo mogłam sobie przypomnieć jego smaki i zapachy 🙂

Kanapki z fromage zajadane na balkonie, podczas gdy żaby kumkały w stawie koło bloku. Placki ziemniaczane smażone przez Tatę, zjadane na poczekaniu, najlepiej smakowały ze śmietaną i cukrem. Fasolka szparagowa z ogródka za szkołą, obowiązkowo ze zrumienioną na maśle tartą bułką. Czereśnie, jeżyny i śliwki zrywane w szkolnym sadzie. Maślaki, które znajdowałam pod modrzewiami obok wejścia na salę gimnastyczną. Ciasta mojego Chrzestnego. Bułka z pasztetem i majonezem – jedzona wyłącznie w sobotnie poranki. Rzodkiewki jedzone w ogródku, z resztkami piasku, który chrzęścił w zębach. Płatki róży jedzone by pokazać jaka to jestem odważna. Zapach octu w czasie gotowania zalewy do grzybów przyniesionych z lasu. Soczki w kartoniku pite na czas u dziadków. Kruche ciastka, które dziadek Józek zawsze trzymał w kryształowej misce. Jabłka z pestkami, które śmiesznie grzechotały, gdy się nimi potrząsało, z drzewa rosnącego w gospodarstwie rodziców koleżanki ze szkoły. Syrop z cebuli, który Mama zawsze dawała nam na kaszel. Czekoladki i batoniki, którymi dzielił się ze mną mój Brat, nigdy nie zjadając słodyczy zanim ja też ich nie dostałam. Ugotowany bób jedzony z wielkiej miski, przywożony od pani Brygidy i jej pomidory malinowe – soczyste i pyszne. Znienawidzony przeze mnie i Brata smak tortu z posypką z naturalnej kawy. Czerwone porzeczki zrywane po kryjomu przez siatkę z ogródka sąsiada, jedzone prosto z liścia rabarbaru…

Smaków i zapachów zostało w mojej głowie jeszcze bardzo wiele, ale pierwszym kulinarnym wspomnieniem, które przychodzi mi na myśl, gdy wspominam swoje dzieciństwo jest zupa „nic” robiona przez moją Mamę. Ten delikatny zapach ciepłego mleka, okraszony nutą wanilii… Te chmurki białek pływających na wierzchu – słodkich, a jednocześnie leciutko słonych… Bałam się, że gdy spróbuję tej zupy teraz, całe piękne wspomnienie zostanie unicestwione. Zrobiłam jednak swoją wersję zupy nic – mama robiła ją z budyniem, ja użyłam żółtek. Smak mnie nie rozczarował, wręcz przeciwnie – wywołał uśmiech na mojej twarzy 🙂

Zupa „nic”

(2 porcje)

  • 2 jajka
  • 2 szklanki mleka
  • 2 czubate łyżki cukru pudru
  • ekstrakt waniliowy
  • 1 opakowanie cukru waniliowego
  • szczypta soli

Oddzielić żółtka od białek. Białka ze szczyptą soli ubić na sztywną pianę, pod koniec ubijania dodając 1 łyżkę cukru. W międzyczasie zagotować mleko z cukrem waniliowym i ekstraktem i układać na nim porcje białek, po chwili przewracając je na drugą stronę. Wyjąć białkowe chmurki na talerz. Mleko zdjąć z ognia i odstawić na chwilę by lekko przestygło. W tym czasie ubić żółtka z łyżką cukru na białą puszystą pianę. Do lekko przestudzonego mleka wlewać żółtka cienkim strumieniem, cały czas mieszając trzepaczką. Zupę „nic” przelać przez sitko (by pozbyć się piany) do miseczek, układając na wierzch białkowe chmurki. Można podawać na ciepło i na zimno.

 

Tagged , , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.